…czyli o kiepskim angielskim i darwinistycznych faszystach.

Jeśli naukowcy akurat nie są w swoich laboratoriach, często można ich zaobserwować siedzących przy biurkach, analizujących dane albo przedzierających się przez akademicki internet w poszukiwaniu artykułów naukowych.

Opierając się na swoim przykładzie, takie poszukiwania prowadzone są zazwyczaj przy wykorzystaniu zmęczonych oczu, szybko skanujących tytuły i abstrakty w poszukiwaniu tych odpowiednich. Oczy osadzone są w ciężkiej, podpieranej przez pięść ręce, która okazjonalnie, niemal automatycznie, sięga po kubek z kawą. Zwykle w takim trybie pracy nie spodziewamy się niespodzianek (poza awarią internetu może).

Rzecz potoczyła się jednak inaczej dla Jona, który w jednym z takich abstraktów znalazł Boga. Autorzy artykułu stwierdzają, że biomechaniczna charakterystyka ludzkiej ręki wskazuje na to, że została ona zaprojektowana przez Stwórcę:

The explicit functional link indicates that the biomechanical characteristic of tendinous connective architecture between muscles and articulations is the proper design by the Creator to perform a multitude of daily tasks in a comfortable way.

finnJak każdy szanujący się naukowiec, szybko o sprawie zapomniał i wrócił do pracy pochwalił się znaleziskiem na Reddit:

Picture5

Po jakimś czasie artykuł zwrócił uwagę jeszcze większej liczby naukowców (głównie poprzez Reddita i Twittera) szybko stając się jednym z wydarzeń dnia. Dominowało niedowierzanie – czyżby kreacjoniści zdołali przedostać się przez nasze systemy obronne i opublikować coś w czasopiśmie naukowym?

Dla niezaznajomionych z tajnikami nauki od kuchni, te „systemy obronne” działają w dużym skrócie tak: naukowcy muszą swoje badania publikować w czasopismach. Zanim taki artykuł trafi do druku, przechodzi przez tak zwaną recenzję naukową (po ang. peer-review). W dużym skrócie polega na tym, że inni naukowcy przyglądają się artykułowi i decydują, czy spełnia on standardy naukowe i nadaje się do publikacji. W szanujących się czasopismach nie opublikujemy byle czego – a przynajmniej, pokładamy w tym systemie nadzieje, że odpowiednio wcześnie takie „byle-coś” wyłapiemy.

Wygląda na to, że w tym przypadku tak jednak nie było.

Naturalnie, publikacja wywołała wiele śmiechu, niedowierzania i krytyki wobec czasopisma, które nieszczęsny artykuł opublikowało. Pismem tym był journal PLOS ONE, jeden z największych i najbardziej znanych graczy na rynku czasopism otwartego dostępu (Open Access – OA).

Padały ostre sformułowania pod adresem PLoS i nawoływania do bojkotu czasopisma. Enrico Petretto z Imperial College London napisał na przykład:

Złożę rezygnację z funkcji redaktora PLOS ONE, jeśli ten artykuł nie zostanie natychmiast poddany retrakcji. PLOS ONE to czasopismo naukowe i nie chcę mieć nic wspólnego z czasopismem, które publikuje o zabobonach i siłach nadprzyrodzonych. Przestanę redagować i wysyłać artykuły do publikacji i polecam wszystkim nigdy więcej nie wysyłać artykułów do PLOS ONE. Mam nadzieję, że nie będziemy się musieli do tego posunąć.

Raptem jednak PLOS odpowiedziało na krytykę, przepraszając za język użyty w artykule:

A number of readers have concerns about sentences in the article that make references to a ‚Creator’. The PLOS ONE editors apologize that this language was not addressed internally or by the Academic Editor during the evaluation of the manuscript. We are looking into the concerns raised about the article with priority and will take steps to correct the published record.

Jednak nie uspokoiło to publiki, która wprost oskrażała autorów o przemycanie kreacjonizmu do czasopism naukowych:

As noted by many comments below, this is not a matter of inappropriate wording! This rather seems to be a (successfull) attempt to place an intelligent design argument in a (so far) respected scientific journal. Thus, the only solution is the immediate retraction of this paper! Unless this step has been done, my workgroup and me will refrain from publishing further papers in PLoS!

Niedługo potem krótki komentarz pozostawili sami autorzy, przyznając się do błędu językowego. Angielski nie jest ich rodzimym językiem i zamiast „Stwórcy” mieli na myśli naturę, ewolucję:

We are sorry for drawing the debates about creationism. Our study has no relationship with creationism. English is not our native language. Our understanding of the word Creator was not actually as a native English speaker expected (…)

What we would like to express is that the biomechanical characteristic of tendious connective architecture between muscles and articulations is a proper design by the NATURE (result of evolution) to perform a multitude of daily grasping tasks (…)

Fakt ten wywołał mieszane uczucia i zważywszy na akademicką kupkoburzę wokół artykułu, niektórym zrobiło się autorów po prostu żal:

Picture1

Wtedy jednak nastąpił kolejny zwrot. Artykuł bowiem poddano retrakcji, czyli usunięto go z czasopisma. Natychmiast pojawiła się kolejna fala krytyki, bo czy błąd językowy to trochę za mało, by pozbywać się całego artykułu? Można było przecież dokonać zwykłej erraty i wymienić „Stwórcę” na „ewolucję”. Artykułowi przyjrzeli się jednak eksperci i zdecydowali, że właściwie nie spełnia on standardów naukowych. Wśród powodów znalazły się podobno problemy z uzasadnieniem badania i zaprezentowaniem wyników – język był tylko jednym z problemów.

retraction

Poleciały także głowy. Redaktora, który przepuścił artykuł, poproszono o złożenie rezygnacji.

Co ciekawe, dyskusją zainteresowały się środowiska kreacjonistyczne, biorąc w obronę autorów artykułu. Krytyków nazwano "darwinistycznymi faszystami" (nagłówek zmieniono potem na "fundamentalistów").

Co ciekawe, dyskusją zainteresowały się środowiska kreacjonistyczne, biorąc w obronę autorów artykułu. Krytyków nazwano „darwinistycznymi faszystami” (nagłówek zmieniono potem na „fundamentalistów”).

Osobiście nie mogę oprzeć się wrażeniu, że najbardziej stracili na tym nieszczęśni autorzy. Skoro cała sprawa jest w zasadzie gafą ze strony PLoS One, fair byłaby kolejna runda peer review, z nowymi komentarzami, a autorzy powinni mieć sposobność odpowiedzi i w razie czego, przepisanie artykułu i/lub przeprowadzenie dodatkowych eksperymentów.

Open Access nie jest zepsuty.

Jednak kreacjonizm jest tylko jednym aspektem całej dyskusji.

W peer review pokłada się duże nadzieje i to dlatego dyskusje wybuchające wokół nierzetelnych publikacji są takie zaciekłe. Pytamy: jak mogło do tego dojść? Co poszło nie tak? Czy to wina systemu, czy zwykły, ludzki błąd?

System nie jest idealny i często, nawet w tych szanowanych czasopismach, pojawiają się bzdury.

Problem z pismami otwartego dostępu jest jednak taki, że spora część środowiska naukowego ma doń uprzedzenia. Wprawdzie to się powoli poprawia, jednak jeszcze często można spotkać się z opiniami, że publikowanie w OA jest mniej prestiżowe. Sugeruje się na przykład, że pisma takie opublikują w zasadzie wszystko, co się do nich wyśle – za każdą publikację płaci bowiem autor artykułu.

Nie ma to jednak żadnego znaczenia, ponieważ pisma OA wykorzystują przecież ten sam proces recenzji naukowej, co inne czasopisma. Jego jakość nie zależy wcale od tego, czy artykuły można czytać za darmo, czy też nie.

Smutnym i trochę irytującym jest fakt poddawania w wątpliwość jakości całego ruchu OA tylko na podstawie jednej gafy.

Naukowe molochy, takie jak Science, Nature czy The Lancet także nie są wolne od takich wpadek. Przecież to prestiżowy The Lancet opublikował nieszczęsny, antyszczepionkowy artykuł Wakefielda, a Nature (jak przypomina nam ten bloger) nadal nie wywaliło w cholerę artykułu z 1988 roku sugerującego, że woda ma pamięć.

Jednak w odróżnieniu od pism otwartego dostępu, mają one na tyle ugruntowaną pozycję, że wpadki takie tak bardzo ich nie bolą. Nikt ich istnienia nie kwestionuje.

I w ogóle, propsy dla PLOS za reagowanie na nieformalną krytykę na mediach społecznościowych. Większe czasopisma zwykle wymagają formalnych skarg, by w ogóle zająć się problemem. Ale nie PLOS, zdaje się.

Z drugiej strony, wydaje się, że wiele osób na PLoS się po prostu zawiodło. Będąc zwolennikiem otwartego dostępu – a jest to swoisty ruch, charakteryzujący się pewną ideologią – chcę wierzyć, że pisma takie nie są gorszej jakości niż wszystkie inne. Tym więcej zamieszania, jeśli trafi się taka wpadka.

brain-40377_1280 roz2

  • Śledź NeuroBigos na Facebooku i na Twitterze, no bo hej, wszystkie fajne dzieciaki tak robią.
  • Neurobigos to głównie artykuły o mózgu, takie jak ten. Jeśli jednak lubicie wiedzieć, co dzieje się za kulisami nauki, zajrzyjcie do działu Od Kuchni.
  • Jeśli ciekawią Cię problemy systemu recenzji naukowej, polecam ten artykuł na blogu Nic Prostszego.